Mariusz Zakrzewski
Pasja nurkowania
Formularz kontaktowy
Newsletter

Relacja: Dzień dziecka na Frankenie

Gdy w połowie maja dostałem e-mila od kapitana statku M/Y Litoral – Wojtka Jechny o organizowanych w czerwcu nurkowaniach na wrakach poniżej 50 metrów od razu złapałem za telefon i zadzwoniłem do Mariusza. Gdy tylko odebrał telefon, podekscytowany mówię :

- Heya Maniek. Dostałeś wiadomość od Wojtona?
- Właśnie czytam.
- I co masz ochotę zrobić coś głębszego na Bałtyku? – pytam    
- No jasne. Co powiesz na Frankena?
- O tym samym myślałem. Dogadamy się w Skorpenie. Póki co bukujemy 2 miejsca na Frania na dzień 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka, zrobimy sobie sami mały prezent w postaci nurkowania na jednym z największych wraków Bałtyku :) .
- Do wieczora. Narka.

Każdy z nas już wcześniej nurkował na tym wraku, ale poznaliśmy tylko małą cząstkę z tego olbrzyma. Kwadratowa nadbudówka o wymiarach 24 x 25m i wysokości 6 pięter oraz część pokładu długości ponad 140m nie da się zwiedzić podczas nawet kilku nurkowań. Można tam być setki razy a i tak się nie pozna każdego zakamarka. A zapewne dziesiątki pomieszczeń i setki metrów korytarzy kryją się w środku. Dlatego tym razem postanowiliśmy pozostać na wraku trochę dłużej, by dokładnie przyjrzeć się nadbudówce i pokładowi. Niestety dłuższy pobyt na dużej głębokości wiąże się z potrzebą zabrania ze sobą większego zapasu czynnika oddechowego. Ponieważ nurkujemy z zestawem 2x12l postanowiliśmy do  butli bocznej z gazem dekompresyjnym dołożyć butlę zawierającą mieszaninę z gazem dennym, a butlę zawierającą czysty tlen holować za sobą na tzw. smyczy. Akurat dobrze się składa, bo przed planowanym nurkowaniem wybieramy się na Hańczę. Będziemy mieli okazję opływać w nowej konfiguracji i sprawdzić czy teoria ma szansę sprawdzić się w praktyce. Kilka nurkowań pokazało, że plan ma szansę powodzenia, więc zaczęliśmy załatwiać gazy na nurkowanie. A trochę ich było. Twinset 2x12l + butla 11l trimiksu 18/45 ( O2/He) o łącznej pojemności 8000l, 11 litrowa butla mieszcząca ponad 2000l nitroksu zawierającego 50 % tlenu oraz ponad 1000 litrów czystego tlenu. Na nurkowanie potrzebne nam było grubo ponad 10000 litrów różnych gazów. Taka ilość czynnika oddechowego pozwoliła by oddychać na powierzchni przez ok. 10 godz. Na głębokości na jakiej leży nasz cel zapas wystarczy na bezpieczne pozostanie na wraku przez ok. 30 min w zależności od średniej głębokości jaką osiągniemy podczas nurkowania.
Ponieważ nad Polską utrzymywała się zła pogoda, kraj ogarnęły powodzie i na dodatek wiało nad Bałtykiem do samego końca nie wiadomo było czy uda się zrealizować nasz plan. Mariusz z zawodu jest strażakiem i w każdej chwili mógł być wezwany ratować Polskę przed powodzią. Fala powodziowa ustała, więc jeden problem z głowy. Jednak pojawił się kolejny. Cały szlam z Wisły po powodzi zaczął się wlewać do naszego morza. Na dodatek cały czas wiało. Należało się przygotować na trudne warunki zarówno na powierzchni, jak i pod wodą. Dlatego noc przed planowanym nurkowaniem  postanowiliśmy spędzić na miejscu, aby być dobrze wypoczętym. Po południu załadowaliśmy sprzęt do samochodu i wyruszyliśmy do Gdyni. W trasie dzwonimy do Wojtka by spytać o jutrzejsze prognozy pogodowe. Niestety nie są obiecujące. Zapowiadają wiatr do „szóstki”. Jednak Wojtek mówi, że spróbujemy. Jeśli się nie da, zanurkujemy na innym wraku leżącym w Zatoce Gdańskiej, gdzie warunki będą spokojniejsze niż na otwartym Bałtyku. Trimiks bijemy u Łukasza Piórewicza. Nabite zestawy zostaną przez niego przywiezione rano do portu. Można by rzec full service. My udajemy się do naszej kwatery zjeść kolację, dogadać szczegóły planu i policzyć dokładne rezerwy.
O 7 rano wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika. Szybka toaleta, śniadanie, prowiant na łódkę. Zbieramy swoje rzeczy, dziękujemy za gościnę i udajemy się do portu z nadzieją, że pogoda nie pozmienia nam planów. O 8.00 jesteśmy w gdyńskim porcie jachtowym. Witamy się z kapitanem i pozostałymi płetwonurkami którzy płyną z nami. Razem z nami jest 9 nurkujących. Można powiedzieć, że zebrała się międzynarodowa ekipa, ponieważ płynie z nami trójka płetwonurków z Niemiec. Prognoza pogodowa nie zapowiada się najlepiej, ale kapitan mówi, że jeśli stan morza się nie pogorszy popłyniemy na pozycję i spróbujemy zanurkować.
Przekładamy więc sprzęt na jacht motorowy LITORAL. Ma 18 metrów długości i ponad 4 metry szerokości. Jego zasięg pływania to 20 mil morskich od linii brzegowej. Litoral jest świetną łodzią do przewozu płetwonurków na miejsca nurkowania. Maksymalnie na pokład może zabrać do 18 osób w zależności od ilości sprzętu.
Wyposażony jest w 8 koi, aneks kuchenny i wc. Znajduje się na nim pokład reanimacyjny, tlen  i zestaw ratunkowy DAN. Wysokość ławek na pokładzie jest przystosowana przede wszystkim dla wygody płetwonurków. Posiada windę do wyciągania z wody płetwonurków.
Po chwili przyjeżdża furgonetka z napisem CN Piórewicz. To Łukasz z naszymi pozostałymi butlami, które wczoraj daliśmy mu do nabicia gazów. Specjalnym analizatorem sprawdzamy jakie mieszanki mamy w butlach. Łukasz jest doświadczonym gas Blenderem, więc wszystko się zgadza. Granica błędu 1% jest akceptowalna. Ładujemy pozostałe 200 kg stali i aluminium na statek. Przykręcamy automaty do butli, mocujemy latarki, podpinamy wężyki do inflatorów. Wszystko jest gotowe do nurkowania. Teraz trzeba wszystko umocować tak, żeby podczas rozbijania się statku o fale nasz szpej był bezpieczny. Karabinkami przypinamy stage do poręczy burtowej. Twinsety przywiązujemy do ławek za pomocą tzw. wąsów. Ostatni rzut oka czy wszystko zabraliśmy i wypływamy za główkę portu w Gdyni. Teraz przed nami 2 godz. rejsu na pozycję gdzie na dnie leży ogromny statek o imieniu Franken.
Franken to statek o napędzie mechanicznym. Wyposażony w cztery 9-cio cylindrowe silniki spalinowe Diesel’a. Napęd przenoszony za pośrednictwem dwóch wałów napędowych zakończonych trójłopatowymi śrubami o stałym skoku. Franken nie był szczęśliwym statkiem. Budowę rozpoczęto w 1937 roku, w stoczni Deutche Werk Kiel, jednak statek nie został oddany do użytku przed wybuchem II Wojny Światowej.

Kadłub co prawda zwodowano 08.03.1939 roku, jednak po wybuchu wojny prace nad nim prowadzone były bardzo wolno. Franken nie miał wysokiego priorytetu i wykańczano go tylko wtedy gdy stocznia nie miała pilniejszych prac. W 1942 roku statek odholowano do Kopenhaskiej stoczni Burmeister & Wain, gdzie został w końcu ukończony. Jednostka została wcielona do służby 17.03.1943 roku. Franken operował tylko w rejonie morza Bałtyckiego m.in. jako zaopatrzeniowiec dla pancernika Prinz Eugen. Statek zaopatrywał również jednostki torpedowe i trałowe. Żywot statku dobiegł końca 08.04.1945 roku niedaleko Helu, gdzie został zbombardowany przez lotnictwo radzieckie. Przez drogę studiujemy plany, zdjęcia archiwalne oraz zdjęcia zrobione przez innych płetwonurków lub pojazdy podwodne, zapisy radarów i echosond, starając się nurkować na sucho w miejscu gdzie niedługo się znajdziemy - głęboko pod powierzchnią niespokojnego, ciemnego i zimnego Bałtyku. Będziemy nurkować na nadbudówce znajdującej się w części dziobowej statku. Niestety podczas tonięcia wrak złamał się i sam dziób leży ponad 400m dalej. Nadbudówka jest chyba najbardziej ciekawą częścią wraku. Wygląda jak wielki zatopiony blok, z mnóstwem korytarzy i balkoników uzbrojonych w działka. Na rufie też czasem się nurkuje. Można tam zobaczyć działo, komin i ogromne ładownie.  Najmniejsza głębokość na wraku to 48 m, a maksymalna głębokość na dnie to 72 m. Wrak ma około 140 m długości i spoczywa na równej stępce z oddzielonym dziobem.
Stan wraku jest stosunkowo dobry, jednak w wielu miejscach jest pokryty siećmi i żyłkami. Sieci spoczywające na wraku w większości są grube, jednak można natknąć się na gorzej widoczne sieci nylonowe i sieci dryfujące, stanowiące zdecydowanie poważniejsze zagrożenie. Duża głębokość, zimna i ciemna woda, duża ilość sieci i żyłek oraz często występujące prądy na dnie sprawiają, że nurkowanie na tym wraku jest trudne technicznie. Opierając się na dostępnych dokumentach i rozmowie z członkami załogi i innymi płetwonurkami ustalamy, że zaczniemy zwiedzanie od prawej burty, gdzie znajduje się działko przeciwlotnicze.

Ponieważ są wysokie fale, a płytka woda jest zanieczyszczona z powodu niedawnych powodzi postanawiamy na 5m zrobić tylko standardowe sprawdzenie, a majdan poukładać sobie na dnie. Jak się niedługo okaże nie jest to najlepsze wyjście, chociaż w tych warunkach ciężko powiedzieć, czy lepiej by było robić wszystko na płytkiej wodzie.
W końcu rozlega się dźwięk syreny. To znak, że do pozycji zostało 30 min. Schodzimy pod pokład, aby założyć bieliznę termo aktywną i ocieplacze, na które włożymy suche skafandry. Fale utrudniają zakładanie ciepłych ocieplaczy i w dodatku dokuczają nam mdłości. Dwie osoby z trudem powstrzymują się od wymiotów. Nie wróży to dobrze. Pogoda wcale się nie poprawia. Gdy z zatoki wypływamy na otwarte morze fale stają się jeszcze większe. Wszyscy mamy poważne obawy czy kapitan wyrazi zgode na zejście z pokładu. Dzień wcześniej w podobnych warunkach zrezygnował z nurkowania i zawrócił na pozycje leżące w zatoce. Gotowi do założenia sprzętu czekamy w ciszy na decyzję.
  
Pogoda jest prawie sztormowa. Kapitan długo się wahał czy w ogóle dać zgodę na zejście nurków z pokładu statku. Wieje do „ ósemki” , a ponad trzy metrowe fale rozbijają się z hukiem o wysoką burtę naszego statku. Obawy nie dotyczą samego wejścia do wody i zanurzenia się, ale bezpiecznego powrotu płetwonurków na statek po zakończonym nurkowaniu. Przekonała go dopiero prognoza podana przez radio. Korzystna na najbliższych kilka godzin. Jednak kapitan wydaje zakaz wynurzania się w toni i na własnych bojkach dekompresyjnych. Trzeba nurkować tak, żeby wrócić do liny i przy niej odbyć dekompresję. W tych warunkach moglibyśmy pogubić się na środku rozwścieczonego Bałtyku. Patrząc na groźne, stalowe chmury wiszące nisko nad powierzchnią morza, trudno uwierzyć synoptykom – kolor nieba zlewa się z kolorem ciemnej wody polskiego morza.

Zakładamy butlę na plecy i czekamy na naszą kolej. Co chwilę rozlega się dźwięk syreny, która daje sygnał na skok do wody. Przychodzi nasza kolej. Z butlami na plecach przenosimy się na rufowe ławki. Pomocnik kapitana przypina nam butle boczne i płucze maskę. Jeszcze tylko w wiadrze z wodą sprawdzam szczelność moich suchych rękawic. Po opuszczeniu pokładu nie ma możliwości dokonać poprawek. Gdyby okazało się, że któraś przecieka musiałbym zrezygnować z nurkowania lub zdecydować się na zanurzenie z zalaną reka co nie było by dobrym pomysłem. Dłoń zalana zimną wodą w krótkim czasie by zgrabiała i szybko bym się wychładzał. Mogło by nawet dojść do hipotermii jeśli z jakieś przyczyny trzeba by wydłużyć dekompresję.
Z dwiema butlami na plecach i trzema przymocowanymi do mojej uprzęży wyglądam jak choinka na święta. Z trudem stoję obładowany ponad 100 kg sprzętem. Wkładam automat do ust. Od tej pory będę oddychał mieszanką zawierającą 18 % tlenu, 45 % helu i 37 % azotu.. Świeżego powietrza ponownie zaczerpnę za ok. 1,5h. Z taką ilością sprzętu na sobie czas strasznie się dłuży. W końcu słyszę głośny dźwięk syreny, po którym daję krok do wody. Akurat znajdowaliśmy się na szczycie fali i zanim wbiłem się pod wodę przeleciałem w powietrzu dobre 2 metry. Zimna woda zalewa mi twarz. Stukilogramowy ciężar butli nurkowych po skoku wdusił mnie pod powierzchnię Bałtyku. Przez chwilę człowiek jest otoczony pianą z milionów drobnych bąbelków powietrza. Nic nie widać. Pierwszym uczuciem, jakie ogarnia pod wodą nurka technicznego jest ulga. Zgodnie z prawem Archimedesa wszystkie butle, latarki, akumulatory i inny sprzęt- bardzo ciężkie na powierzchni – pod wodą nie ważą (pozornie) prawie nic.  W głowie przelatuje wątpliwość, czy ta cała aparatura mająca zapewnić mi możliwość oddychania będzie działała jak należy. Wdech, syk gazu w wężach poprowadzonych od butli do automatu oddechowego który trzymam w ustach. Wszystko gra. Uspokojenie oddechu, opanowanie tętna i zebranie myśli.  Wyskakuję jak korek na powierzchnię. Spoglądam, gdzie jest mój partner i zaczynam płynąć w kierunku wielkiej czerwonej boji, która jest przymocowana do leżącego 70m niżej ogromnego statku. Równo z Mariuszem dopływamy do boi skaczącej niczym korek na rozhuśtanym morzu. Bez słów dajemy kciukiem skierowanym w dół znak do zanurzenia. Teraz przychodzi czas na uspokojenie i koncentrację oraz sprawdzenie, czy ten cały sprzęt działa poprawnie. Czy we wszystkich butlach jest odpowiednie ciśnienie gazu, czy każdy zawór jest odpowiednio ustawiony, a wszystkie węże są podłączone do kamizelek wypornościowych i skafandrów oraz ułożone tak, aby nic nie odstawało. Zadbanie o wszystkie szczegóły ma na celu zminimalizować możliwości zaczepów i popełnienia pomyłki pod wodą .Tych kilka sekund gdy człowiek koncentruje się na prostych, powtarzalnych czynnościach, odciąga uwagę od myśli o ryzyku i potencjalnym niebezpieczeństwie takiego nurkowanie. Nie należy jednak zbytnio przedłużać tego czasu, ponieważ woda mocno faluje i ktoś o mniej przystosowanym błędniku mógł by dostać choroby morskiej. Upewniamy się wzajemnie, że każdy z nas jest gotowy do zanurzenia, pokazując palcami OK. Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy przesłonięte maskami nurkowymi i daliśmy znak do zejścia na dno. Początkowo woda jest mętna. Z trudem dostrzegam butle mojego partnera coraz szybciej uciekające w dół. Jedynym punktem odniesienia w takiej „zupie” jest gruba, czerwona lina. Z ręką przesuwającą się po linie nabieram prędkości i opadam w dół. Równocześnie  ze wzrostem głębokości rośnie otaczające nas ciśnienie. Najpierw czuje się to w uszach. Nacisk, przeradzający się w ból. Aby go pokonać co kilka metrów każdy z nas musi złapać się za nos i dmuchnąć nieco powietrza, aby wyrównać ciśnienie w uchu środkowym i zatokach. W przeciwnym wypadku błona bębenkowa pęknie a zimna woda zaleje nam ucho środkowe. Wtedy umieszczony tam ludzki zmysł równowagi zostanie zalany i nurek straci orientację. Uniknięcia tego typu zagrożeń uczymy się już od pierwszych kursów nurkowania. Wzrost ciśnienia wody powoduje, że nasze ciało zaczyna opinać skafander,  który izoluje nas od zimnej wody morza Bałtyckiego. Co chwilę trzeba dodać odpowiednią ilość gazu z małej butli zawierającej gaz izolacyjny – argon.
     Choćby płetwonurek był wyposażony w rewelacyjny sprzęt, pod wodą i tak zawsze będzie czuł się obco. Woda jest żywiołem i niechętnie odkrywa swe tajemnice. Uczucie to potęguje panujący półmrok, zapadający w mało przejrzystych wodach Bałtyku zaraz po zanurzeniu. Bez sztucznego oświetlenia ciężko by było odczytać wskazania komputerów i manometrów już na 20 metrach. Spada też temperatura. Teraz woda ma zaledwie 4 stopnie powyżej zera. Zimna woda jest na szczęście bardziej przejrzysta. Widoczność sięga ponad 10m, ale coś za coś – wytrzymanie w niej dwie godziny bywa wyzwaniem. Cyfry szybko przesuwają się na odmierzającym głębokość komputerze zamocowanym na ręce. Jeszcze kilka metrów w głąb bałtyckiej czerni i w świetle latarki zaczyna być widać zamazany kształt kadłuba. Z każdą sekundą nabiera coraz bardziej wyraźnych konturów. Jeszcze chwila i widzę wyraźnie – pode mną znajduje się kadłub wielkiego zaopatrzeniowca. Naciskam przycisk inflatora i napełniam moją kamizelkę wypornościową, aby wyhamować i nie wbić się w poszycie statku. Gwałtowny upadek mógł by doprowadzić do wzbudzenia osadu, który zalega na pokładzie, co w konsekwencji spowoduje spadek widoczności oraz mógłbym się zaczepić w żyłki i sieci kłębiące się na wraku niczym pajęczyna. Hamowanie z taka ilością sprzętu można porównać do zatrzymywania obładowanego po dach tira. Trzeba odpowiednio wcześnie zareagować.
Gdy dotarliśmy na pokład wraku  odczuliśmy silny prąd, który będzie nam utrudniał w pierwszej kolejności szybkie poukładanie na sobie butli i potem same pływanie po wraku, omijając nylonowe linki. Zaczynam od odpięcia butli z tlenem, którą miałem na czas zanurzenia podpiętą na prawą stronę. Przypinam ją karabinkiem do butli, którą Mariusz zaczepił o linę opustową. Niestety pod ciężarem dwóch butli wszystko zsuwa się na pokład wplątując się w żyłki. Mariusz wyciąga z pochwy nożyczki do cięcia i zaczyna wycinać nasze zaplątane stage. Ja w tym czasie przechodzę z oddychania z butli na plecach do opróżniania 11 litrowej dodatkowej butli z gazem dennym, którą mam podpiętą pod lewą pachą. W pierwszej kolejności wykorzystam w niej zgromadzony gaz. Drugą część nurkowania dokończę na dwóch 12 litrowych butlach zamocowanych na moich plecach. Po tych czynnościach wyjmuję z kieszeni smycz i zaczepiam ją do uwolnionego przez Mariusza tleniaka. Smycz zaczepiam do lewego karabinka biodrowego i wyrzucam ją  „tyłek” . Tak aby pływała za mną i w niczym nie przeszkadzała. Na razie jest mi do niczego niepotrzebna. Będę mógł jej użyć dopiero na głębokości 6m. W przeciwnym wypadku bardzo duże ciśnienie parcjalne tlenu spowoduje zatrucie tym życiodajnym gazem, doprowadzi do konwulsji (drgawek), utraty przytomności i w konsekwencji najprawdopodobniej śmierci. Pomyłkowe użycie tej butli na dużej głębokości jest praktycznie równoznaczne z wydaniem na siebie wyroku śmierci. Dlatego lepiej ją na razie trzymać z daleka, aby w stresie nie popełnić śmiertelnego błędu.
Ciemność, silny prąd i konieczność wycinania butli zabiera nam cenny czas, który możemy spędzić na oglądanie. Zanim odpłynęliśmy od liny w stronę działka minęło dobre 10 min. Obaj jesteśmy źli, z zaistniałej sytuacji, ale czasem tak bywa. Czasem lepiej stracić trochę czasu na sprawdzenie i ułożenie sprzętu, niż potem borykać się z awariami czy innymi niedogodnościami. I tak dobrze, że w ogóle udało się zanurkować w takich warunkach.
Płyniemy wzdłuż ogromnej nadbudówki prawie całej pokrytej sieciami. Jednak jest kilka miejsc, gdzie można by wpłynąć do środka. Niestety nie tym razem. W między czasie trimiks w butli bocznej kończy się więc przechodzę do oddychania z twinsetu który mam na plecach. Pod koniec nurkowania oglądamy potężną dziurę, która pozostała po oderwanym dziobie. Nasze zapasy gazów zbliżają się do końca, więc kierujemy się w stronę opustówki. Jeszcze chwilę rozglądamy się po dachu nadbudówki. Jest 30 min nurkowania i rozpoczynamy wynurzanie. Jako że średnia głębokość wyszła nam niższa niż zakładaliśmy wykonujemy nieco krótszą dekompresję. Mniejsza głębokość średnia jest konsekwencją długiego pobytu przy linie na początku nurkowania, gdzie nie jest zbyt głęboko, niecałe 50m. Na 21 metrach zmieniamy gaz do oddychania. Zaczynamy oddychać z butli, w której jest mieszanka 50% tlenu i 50% azotu. Zaczynamy długie przystanki, które mają umożliwić wydalenie zalegającego helu i azotu, który rozpuścił się w naszych tkankach podczas pobytu na dnie. Z każdą minutą, które spędzamy stojąc w bezruchu, trzymając się liny otoczeni zimną wodą robi mi się coraz chłodniej. Zaczynam już nawet trząść się z zimna. Jestem mocno wychłodzony. Na szczęście na głębokości 6m,  gdzie wykonamy najdłuższy, ponad 20 min przystanek oddychając czystym tlenem woda ma 12 stopni ciepła. Mój stan się poprawia, przez co dekompresja nie dłuży się zbytnio. Niestety długie oddychanie czystym tlenem nawet na głębokości 6 metrów również może doprowadzić do wystąpienia konwulsji tlenowych spowodowanych toksycznością typu CNS. Aby tego uniknąć należy co kilka minut chwilę pooddychać gazem zawierającym mniej tlenu. Są to tak zwane „air breack – przerwy powietrzne”. Stosowanie tych procedur daje naszemu ciału  “ odpoczynek” od wysokiej ekspozycji tlenowej.  Najlepsze do tego są mieszanki normooksyczne. Dlatego po 12 min oddychania stuprocentowym tlenem wypluwam drugi stopień Apeksa i zaczynam oddychać z Posejdona który podaje mi trimiks zawierający tylko 18 procent O2. Po 3 min wracam do oddychania czystym tlenem. Po 20 min przystanku na 6 metrów rozpoczynamy 5 min wynurzenie. Po ponad 80 min wynurzamy się na powierzchnię. Łapiemy się rzuconego ze statku koła ratunkowego i płyniemy do windy którą wygodnie wiedziemy na pokład. Obtoczony znów ciężkimi butlami daję dwa kroki po rozbujanym statku i siadam na ławce. Obok mnie Mariusz.
Płetwonurkowie, którzy skończyli pierwsi swoje nurkowanie, uwalniają nas od przyczepionych butli bocznych. My zdejmujemy nasze zestawy z pleców. Zadanie wykonane. Chwila odpoczynku i trzeba przymocować sprzęt, aby był zabezpieczony na powrót do Gdyni.  Drogę powrotną spędzamy w kabinie sterowej ogrzewając się herbatą i gorącymi kubkami. Kilka osób położyło się w kojach spać. Chyba dla wszystkich było to ciężkie nurkowanie.
Powrót szybko mija w wesołej atmosferze.
Po dopłynięciu do portu pakujemy sprzęt do samochodu, żegnamy się i rozliczamy. Na pewno jeszcze nie raz się spotkamy. Oby następnym razem Neptun okazał się bardziej wyrozumiały i łaskawy wobec swoich gości.

Pozdrawiam Piotr Kraszewski    


Bibliografia ( informacje i zdjęcia hydrograficzne):

Artur Grządziel „ Badania hydrograficzne wraku Franken”
Marcin Jamkowski „ Duchy z głębin Bałtyku”
„ Wraki Bałtyku – poradnik dla nurków” – 16 autorów


 

   
 

eNPanel CMS :