Mariusz Zakrzewski
Pasja nurkowania
Formularz kontaktowy
Newsletter

1 lutego - Wyprawa na zatopioną barkę w jeziorze Niegocin


W lutym zeszłego roku przeglądając nowinki na jednym z forów nurkowych natknąłem się na post o świeżo odkrytej drewnianej barce w głębinach jeziora koło Giżycka. Korzystając z dobrodziejstw XXI w. i idąc tropem kilku linków udało się pozyskać troszkę więcej danych. Ponieważ była to całkiem nowa sprawa , zdobycie informacji o dokładnej lokalizacji owej barki było niemożliwe. Niestety zapewne odkrywcy nie marzyli o tym by na ich barkę spadły setki nurków.  Oglądając kilka pocztówek znalezionych w internecie sugerujących iż jest to właśnie ta barka ze zdjęcia lub jej bliźniaczka , zrodziła się we mnie nieodparta chęć zobaczenia tego „wraczku”.

 


Przykładowe pocztówki z identycznymi barkami.

Nieco bardziej zainteresowany tematem jak i chęcią bliższego poznania historii owej barki , intensywniej zgłębiając temat , udało mi się  zdobyć informacje iż prawdopodobnie był to typ „koszarka” – czyli rodzaj barki mieszkalnej. O czym według  znawców tematu świadczą deski porozrzucane w okolicach wraku jak i znaleziony stelaż stolika metalowego  ze zdobieniami.
 

Tak prawdopodobnie wyglądała owa „koszarka”.

Barka ma długość ok. 17,67m i szerokości ok. 3m. Układ 10-ciu wręg, rufa typu szpicgat, krótki pokład na podniesionym dziobie wskazuje na to, że to mogła być któraś z jednostek uwiecznionych na fotografiach. Ze względu na materiał z którego została wykonana oraz analizę kształtu rufy i płetwy sterowej przez specjalistów przypuszcza się , że wrak może liczyć ponad 100 lat. Właśnie w tym okresie podobne barki przemieszczały się i stacjonowały na jeziorach i kanałach pojezierza mazurskiego. „Nasza” barka leży na głębokości od 13,5m do 17m na dnie jeziora Niegocin. Ułożona jest na stępce , dziobem skierowana w stronę wejścia do kanału giżyckiego , co może sugerować iż przemieszczała się właśnie w tym kierunku.
       Tak więc bogatszy o kilka zdjęć i skromną wiedzę na temat barek w tych okolicach , zacząłem szukać chętnych nurków na taką wyprawę jak i ludzi , którzy mogliby zdradzić lokalizację znaleziska. Niestety jezioro Niegocin, poza sezonem zimowym , kiedy to nie jest skute lodem , nie rozpieszcza przejrzystością , która  w zakresie głębokości interesującej nurka odkrywcę ,  jest do kilkunastu centymetrów. Tak więc pomysł zapadła w sen letni do następnego roku.
W międzyczasie rozmawiając z Mariuszem postanowiliśmy zdobyć tajemną lokalizację barki i zorganizować wyprawę. I tu z pomocą mojej determinacji przyszły ponownie zdobycze XXIw. w postaci internetu i komórki. Po kilku mailach i telefonach dzięki uprzejmości jednego z giżyckich nurków i odkrywców barki , udało się zdobyć informacje gdzie należy wyciąć trójkąt w lodzie.
Po rozmowach ze znajomymi olsztyńskimi nurkami na temat wyprawy , swoją chęć uczestnictwa zgłosiła nieliczna grupka 5 osób. Wyprawa została zaplanowana na 2 lutego. Ekipa w składzie ja (Rav) , Mariusz, Rafał P, Michał (Bancek), Jarek , Sebastian oraz Przemek , który dołączył do nas w Mrągowie, wyruszyliśmy z Kortowa o godzinie 8 rano. Na miejscu w giżyckim porcie zapakowaliśmy cały sprzęt na saneczki i udaliśmy się jak karawana , po lodzie , do miejsca docelowego. Na szczęście w tym miejscu już ktoś nurkował tej zimy,  co ułatwiło nam znacznie lokalizację strefy 0. Ochoczo przystąpiliśmy do przygotowywania stanowiska nurkowego , wycinania przerębla , instalowania deseczek dla asekuranta , instalacji markera z błyskaczem i pępowiny łączącej nas ze światem zewnętrznym – czyli liny asekuracyjnej.

 
Dotarliśmy !
 
 

Przygotowania

Podczas przygotowań ustalamy podział na pary nurkowe , kolejność wchodzenia, przydział obowiązków na górze i plan nurkowania w parach.
Ja nurkuję w pierwszej parze z Mariuszem. Sprzęt na plecach więc chlup do przerębla , po minucie Mariusz jest już też w wodzie , po chwili  pokazuje kciuk skierowany w dół , ja pokazuje ,że OK i schodzimy. Powolutku zaczynamy spadać. Nagle Mariusz na ok. 3m  pokazuje ,że zamarzł mu automat , więc zatrzymuję się koło niego , dodaję lekko powietrza do skrzydła. Mariusz zakręca zawór i nagle zaczyna jakoś powoli się oddalać , a moje skrzydło niepokojąco zaczyna się rozpychać za plecami. Biorę inflator do ręki a tu jakieś podejrzane syczenie. Szybkim ruchem wypinam wężyk , naciskam przycisk spustowy a tu… brzdęęęęęękkkkk. Moje butle postanowiły zapoznać się bliżej z lodem od spodniej strony.
        Po chwili znów jestem koło Mariusza , który już uporał się ze swoim problemem. Dopiero co spuściłem resztki powietrza ze skrzydła , nie wpiąłem jeszcze wężyka do inflatora , wiec wciskam odruchowo przycisk w zaworze dodawczym suchara - a tu cisza. Ponawiam próbę nieco intensywniej  będąc lekko zaskoczonym tym przebiegiem zdarzeń - a tu ponownie cisza. Znów oddalający się Mariusz , choć juz w przeciwnym kierunku i moje uszy dają znać ,że suchy skafander raczej nie napełnia się powietrzem. Pozostało więc złapać się liny służącej jako marker i opustówka , która cały czas dynda mi przed nosem. Trzymam linę ,wpinam wężyk od inflatora. Udało się. Naciskam przycisk inflacji a tu wąż karbowany od skrzydła wije się koło mojej szyi jak jakiś wściekły węgorz , wydając przy tym dziwne odgłosy syczące. Ponawiam próbę kilkukrotnie , ciągle to samo i ani mililitr powietrza nie przedostaje się do worka. Cóż - chyba jednak trzeba by pomyśleć nad innymi źródłami wyporu , gdyż to całkowicie się zbuntowało. Mariusz już wisi koło mnie i pyta czy OK. Pokazuje ,że coś nie tak z inflatorem i zaworem od suchara , odpinam wężyk od suchara (przypomniałem sobie jego widok ślicznie obtoczonego śniegiem , tuż przed wpięciem go na powierzchni – jak patyk watą cukrową) , pomachałem nim trochę. Wpinam go ponownie , wciskam przycisk - jest znaczny postęp , co prawda nie słychać jak przedostaje się powietrze ale za to przepływ jest już wystarczający do powolnego uzyskania neutralnej pływalności. Po tej drobnej przygodzie (której nawet chyba Mariusz swoim kursantom by nie wymyślił) , pokazuję mu OK i dalej spadamy na dół. Dno jak dno trochę mulisto-gliniaste , witają nas dziesiątki małych okonków , a komputer pokazuje   13,5m. Rozglądamy się , a tu barki ani widu ani słychu. Wizura nie rozpieszcza nas zbytnio , jest do 1m. Mariusz pokazuje kierunek rozpoczęcia poszukiwań. Po przeczesaniu sporej części dna (na ile pozwoliła lina asekuracyjna), zaczynamy powoli wracać w stronę przerębla. Lekko już zrezygnowani ,że nawet na 20m nie było nic poza śmieciami po rezolutnych turystach i jakimiś metalowymi przedmiotami przypominającymi jakieś stare żeliwne gary , trafiamy na jakąś deskę. Hmmm… , może to nie barka ale już jakiś trop , płyniemy wzdłuż deski i …….., jest znalazła się ! Szybki rzut oka na komputer 13m , 19 minuta. Barka prezentuje się całkiem ładnie. Eksplorację zaczęliśmy od rufy i płetwy sterowej. Dalej płyniemy do dziobu. Widoczność nie daje możliwości zobaczenia obu burt na raz , ale to co widać jest również ciekawe.
Jak już wspomniałem barka stoi na stępce , burty do polowy są przysypane mułem , wnętrze barki wypełnia ta sama substancja. Widocznych jest 9 wręg , dziesiąta ukryta jest pod deskowaniem fordeku. Na nim tez leży metalowy szkielet stołu ze zdobieniem w kształcie liścia. Podczas drugiego opływania barki , natrafiamy na światełko błyskacza.  Widoczność nie pozwalała widzieć jednocześnie barki i markera. Kończąc zwiedzanie w 36 minucie Mariusz instaluje poręczówkę z kołowrotka między dziobem a markerem dla kolejnych odkrywców z naszej wyprawy.
 

 
Dziób

 
Rama stolika ze zdobieniami.
 

Tu ja na przystanku bezpieczeństwa.

 
Kolejna para Rafał P i Bancek. Widać jakieś fatum wisiało nad Rafałami tego dnia bo mojemu imiennikowi udało się zalać suchą rękawicę przed wejściem i po krótkiej szarpaninie  przesiadł się na mokre rękawice (woda cały czas miała 1 stopień C).

 
Trzecia para Jarek i Sebastian
 

Mariusz w roli asekuranta.
 
Wszyscy uczestnicy wyprawy byli bardzo zadowoleni mogąc na tę krótką chwilę dotknąć kawałka ponad 100 letniej historii, …

Rafał K (Rav).
 

eNPanel CMS :